Nosem po szlaku Tatry

Zdobywamy najwyższy szczyt Tatr. Gerlach (2655 m n.p.m.) przez Wielicką Próbę

Dach Tatr zdobyty! Wejście na Gerlach (2655 m n.p.m.) przez Wielicką Próbę

Są góry, na które wchodzi się po prostu z marszu, i są takie, które wymagają szacunku, odpowiedniego przygotowania i pełnej pokory. Gerlachovský štít (Gerlach), najwyższy szczyt Tatr i całych Karpat, zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To nie jest zwykły szlak turystyczny, na którym można minąć tłumy w adidasach. Oczywiście, ze względu na rygorystyczne przepisy słowackiego parku narodowego (TANAP) oraz trudność terenu, nasz naczelny czworonożny tropiciel, Sherlock, musiał tym razem zostać na dole. To była wyprawa wyłącznie na dwóch nogach, a momentami wręcz na czterech kończynach.

Zanim przejdziemy do szczegółów naszej wyprawy, warto przypomnieć, że Gerlach nie zawsze nosił koronę najwyższego szczytu. Przez całe wieki ludzie spoglądający na tatrzańskie granie byli przekonani, że to Krywań lub Łomnica są najwyższe. Dopiero w 1838 roku leśniczy Ludwik Greiner dokonał precyzyjnych pomiarów, które udowodniły, że to właśnie Gerlach króluje nad resztą. Zaszczyt pierwszego potwierdzonego wejścia na szczyt przypisuje się z kolei spiskiemu nauczycielowi, Johannowi Stillowi, który stanął na nim w 1834 roku.

Zdobyliśmy króla Tatr! Jak wyglądała logistyka, jak w praktyce prezentuje się wspinaczka i dlaczego statystyki z zegarka robią takie wrażenie? Oto nasza relacja z wejścia na 2655 m n.p.m.

Tylko z przewodnikiem: Zasady gry na Gerlachu

Na Gerlach nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny. Wejście jest legalne i bezpieczne wyłącznie w towarzystwie licencjonowanego przewodnika wysokogórskiego (UIAGM/IVBV). Naszą przewodniczką była świetna Maja, która od razu wprowadziła nas w specyfikę tej góry.

Zasady są tu niezwykle surowe, ale w pełni uzasadnione: jeden przewodnik może zabrać na linę maksymalnie 3 osoby. Dokładnie w takiej, trzyosobowej grupie ruszyliśmy na szczyt. Taki limit gwarantuje, że przewodnik jest w stanie w pełni kontrolować sytuację, asekurować każdego uczestnika i dbać o bezpieczeństwo na mocno eksponowanych odcinkach.

Złota rada: Zanim wyruszycie, pamiętajcie o absolutnej podstawie – ubezpieczeniu górskim! O ile w Polsce interwencje TOPR są bezpłatne, o tyle na Słowacji akcje Horskiej záchrannej služby (HZS) są w 100% płatne.

Dolina Wielicka, koniec szlaku i… wchodzimy w dzicz

Nasza trasa w całości opierała się na Dolinie Wielickiej (szliśmy tą drogą w obie strony, wchodząc i schodząc tzw. Wielicką Próbą). Początek to bardzo przyjemne, wręcz sielankowe podejście z okolic Śląskiego Domu (Sliezsky dom) i Wielickiego Stawu. Słońce od rana przyjemnie grzało, temperatura oscylowała w okolicach rześkich 11°C, a pogoda zapowiadała się wyśmienicie – okno pogodowe trafiliśmy wręcz w punkt.

Sielanka kończy się jednak dość szybko. Dokładnie w punkcie o współrzędnych 49°09’43.0″N 20°08’49.0″E Maja zarządziła postój i pożegnaliśmy się z wygodnym, znakowanym szlakiem. Zeszliśmy w surowy, skalny teren. To był ten moment, w którym trekking zamienił się w prawdziwą wspinaczkę:

  • Sprzęt to podstawa: Z plecaków wyciągnęliśmy uprzęże wspinaczkowe i kaski (na Gerlachu luźne kamienie latające nad głowami to norma, kask to absolutny wymóg).
  • Wpięcie w linę: Od tego momentu staliśmy się jednym zespołem. Maja związała nas liną asekuracyjną. Wymaga to specyficznego rytmu marszu – trzeba iść tak, by lina między nami była odpowiednio napięta, nie plątała się pod nogami, ale też nie szarpała partnerów.

Wejście Wielicką Próbą to potężna dawka adrenaliny i absolutny klasyk. Trasa zaczyna się mocnym akcentem – wejściem w stromy, pionowy żleb. To właśnie tutaj zamontowane są charakterystyczne ułatwienia w postaci metalowych klamer i łańcuchów, które pozwalają bezpiecznie nabrać pierwszej, stromej wysokości. Ściana potrafi przyspieszyć bicie serca, ale wspinaczka po litej skale z odpowiednią asekuracją daje mnóstwo satysfakcji.

Kiedy pokonamy tę pierwszą, nabardziej pionową sekcję (czyli właściwą Próbę), teren nieco łagodnieje, ale staje się mocno wyeksponowany. Szlak prowadzi nas przez tzw. Przełączkę nad Kotłem, skąd wchodzimy w imponujący, rozległy Gerlachowski Kocioł (Gerlachovský kotol). Trawersując jego piarżyste zbocza, krok po kroku zbliżamy się do szczytowej grani. Trasa jest tu istnym labiryntem skał, rynien i turni – dla laika znalezienie właściwej drogi graniczy z cudem, dlatego obecność doświadczonego przewodnika jest tu absolutnie nieoceniona. Wspinaczka z liną po tych eksponowanych formacjach daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa i więzi z górami, jakiej nie uświadczycie na zwykłych szlakach.

Liczby, które nie kłamią. Prawda z zapisu zegarka

Zejście z Gerlacha odbyło się dokładnie po naszych własnych śladach, z powrotem przez Dolinę Wielicką. Po odpięciu się z liny i powrocie na bezpieczny grunt z ulgą spojrzeliśmy na zapisy ze smartwatcha.

Zanim jednak przejdziemy do statystyk, muszę tu obalić pewien mit – szczerze mówiąc, fizycznie trasa nie była dla mnie aż tak bardzo męcząca, jak się spodziewałem. Myślałem, że na dachu Karpat będzie znacznie gorzej i że zejdę na dół kompletnie wykończony! Niemniej jednak, liczby z naszego startu (i mety) pod Śląskim Domem robią wrażenie i najlepiej obrazują specyfikę tej góry:

  • Czas całkowity: Równe 7 godzin, 59 minut i 2 sekundy akcji górskiej. Niemal 8 godzin ciągłego napięcia i pracy na linie.
  • Dystans: Zaledwie 8,4 km! Wynik ten dobitnie pokazuje, że na Gerlachu nie nabija się kilometrów w poziomie. Tu walczy się wyłącznie w pionie. Średnie tempo wynosiło… 56 minut na kilometr.
  • Przewyższenie: Zegarek zanotował start z poziomu 1634 m n.p.m. i „dobił” do 2659 m (GPS często dodaje kilka metrów błędu do oficjalnych 2655 m n.p.m.). To ponad 1000 metrów wspinania w litym rzeźbionym granicie.
  • Spalone kalorie: Kosmiczne 4717 kcal! Taki wynik mówi sam za siebie. Nawet jeśli mięśnie nóg nie płakały z bólu, organizm wykonał gigantyczną pracę energetyczną.
  • Tętno: Średnie tętno oscylowało wokół 140 ud./min, ale na najbardziej stromych podejściach i przy skokach adrenaliny puls potrafił dobić do maksymalnego pułapu 182 ud./min. Głównie poruszaliśmy się w strefach aerobowej i kontroli wagi, co oznacza stałą, twardą, wielogodzinną pracę.

Podsumowanie

Wejście na Gerlach to spełnienie marzeń każdego miłośnika Tatr. Świetna pogoda, genialna, profesjonalna asekuracja ze strony Mai i techniczna trasa przez Wielicką Próbę złożyły się na dzień wręcz idealny. Widok ze szczytu na całe pasmo Karpat smakuje tak dobrze, że błyskawicznie zapomina się o straconych kaloriach. Jeśli zastanawiacie się, czy warto – odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Ale tylko z ogromnym szacunkiem, dobrym przygotowaniem kondycyjnym i na tej jednej, wspólnej linie z certyfikowanym przewodnikiem.